Bonjour France, czyli marzenia się spełniają.

Od ponad 2 tygodni budzę się na francuskiej ziemi, a jednak… wciąż nie do końca mogę w to uwierzyć. Tuż po przebudzeniu mam taką chwilę, kiedy nie wiem, gdzie jestem i otwierając oczy jestem nieustannie zdziwiona widokiem obcych ścian, tak jakbym spodziewała się zobaczyć moje cynamonowe ściany mieszkania w Łodzi.

A jednak, this has finally happened. Po prawie 1,5 roku oczekiwania na tłumaczenia papierów, uznanie praktyk zawodowych, nostryfikację, pozytywne rozpatrzenie przez komisję z Tuluzie wniosku o uznanie kwalifikacji zawodowych, przejściu rozmowy kwalifikacyjnej na skypie i 17 godzin jazdy samochodem udało się. Jestem, a właściwie jesteśmy we Francji.

Jak to się stało i… dlaczego właściwie Francja?

Postaram się po krótce wyjaśnić motywy tej obracającej życie o 180 stopni decyzji.

Otóż…

Wszystko zaczęło się chyba dokładnie 2 lata temu. Właśnie wróciłam z Erasmusa w Hiszpanii. Prosto w objęcia miłości mojego życia, wówczas jeszcze studenta fizjoterapii kończącego 4 rok studiów. To był jeden z tych momentów, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy już chyba dorośli, a to, co dzieje się między nami jest na tyle poważne, że przetrwało rok erasmusowej rozłąki i inne perturbacje. Skoro nic nie mogło nas zniszczyć i byliśmy siebie bardzo, bardzo pewni zdecydowaliśmy się zamieszkać razem i zobaczyć, jak dogadamy się w codziennym życiu. Wybór padł na Łódź, gdzie moja rodzicielka ma mieszkanie, co spowodowało w życiu D. trochę roszad. Studiował on bowiem na co dzień w Opolu i taka decyzja oznaczałaby, że będzie musiał od października przenieść się na studia zaoczne, na które będzie dojeżdżał w weekendy i znaleźć jakąś pracę w Łodzi, najlepiej w zawodzie. Dziwnym zrządzeniem losu – udało się. Praca nie była pracą marzeń, bowiem opierała się o Zakład Opiekuńczo Leczniczy, ale była. Mogliśmy więc na spokojnie osiedlić się na swoim.

Te wakacje były pamiętne i tak brzemienne w skutkach, ponieważ pamiętam, że ja długo nie mogłam się oswoić z polską rzeczywistością. Myślałam, że po Erasmusie w Hiszpanii i czytaniu Don Kichota w oryginale nic mnie już nie złamie, ale złamała mnie wtedy właśnie polska rzeczywistość. Szukałam intensywnie pracy i chciałam tylko załamać ręce nad śmieciowymi umowami, niskimi pensjami, nieludzkimi wymaganiami i podejściem pracodawców do pracowników.

Wtedy zaczęłam swoje poszukiwania lepszego miejsca. Spieszę z wyjaśnieniem, że ja, osobiście, zawsze czułam się obywatelką świata i odkąd pamiętam świtał w mojej głowie pomysł, że raczej nie będę budowała swojego życia w Polsce. Kończyłam turystykę, na wszystkie wakacje gdzieś mnie nosiło, wszystkie praktyki zawodowe starałam się „odbębnić” za granicą, przerabiałam autostop, couchsurfing, spania na lotniskach. Wszystkie te rzeczy robiłam chętnie i z nieukrywaną radością. Liczył się pęd do odkrywania, doświadczanie nowych miejsc, uczenie się nowych rzeczy, poznawanie nowych ludzi. Plus – zawsze miałam głęboko zakorzenioną miłość do języków, zwłaszcza romańskich. Sprawiały mu one dużo frajdy, ukajały po ciężkim dniu i przynosiły głęboką satysfakcję.

Dlatego właśnie, w momencie kiedy coś we mnie pękło, zdałam sobie sprawę, że to najlepszy moment, żeby podjąć jakąś decyzję o wyjeździe za granicę, o którym zawsze myślałem. Tym razem dłuższym niż wakacyjne praktyki, czy rok akademicki na Erasmusie. Jako, że już wtedy wiązałam swoje dalsze życiowe plany z D. było jasne, że nie będzie to nagła decyzja jako, że miał on wtedy jeszcze 5 rok studiów do skończenia. Z uwagi na jej „nienagłość” właśnie stało się jasne, że mogę wybrać kraj naszej destynacji, rozważnie i w skupieniu, dobrze wszystko kalkulując, najpierw jednak musiałam przekonać do pomysłu D.

Na szczęście sprawa okazała się prosta – wyobrażał on sobie życie ze mną najdalej na świecie bardziej niż beze mnie w Polsce. Kamień z serca.

Pokrzepiona takimi deklaracjami, przystąpiłam do łowów.

Najpierw ustaliłam kierunek poszukiwań. Po szybkiej kalkulacji okazało się, że fizjoterapia jest zawodem w cenie bardziej niż… bycie licencjonowanym specjalistą turystyki, w związku z czym jedyne, co pozostało mi znaleźć to… raj dla fizjoterapeutów.

Okazało się, że istnieje ich kilka, wszystkie na zachód od Polski (lub południe).

Większość wymagała jednak nieskazitelnego języka obcego od owego fizjoterapeuty.

Tutaj, spieszę z kolejnym wyjaśnieniem. Mój luby jest szalenie mądrym i inteligentnym mężczyzną, nigdy jednak nie przywiązywał specjalnej wagi do języków, co na tym etapie miało się właśnie okazać determinującym czynnikiem. Zdając sobie sprawę, że raczej nie da rady doszlifować angielskiego z A2 do C2 w rok, machnęłam ręką na Kanadę, Stany i Australię. Wybór zawęził się do Niemiec i Francji i okazał… nader prosty. O Francji pisano, że na początku, aby dostać pracę w zawodzie wyjeżdżając z jedną z firm z polski, która rekrutuje personel medyczny wystarcza znajomość komunikatywna. Komunikatywność w rok? Let’s do it. :D

Od października 2013 chodziliśmy już na kurs francuskiego, a po godzinach słuchaliśmy francuskiej muzyki, oglądaliśmy francuskie filmy, a nawet jedliśmy ślimaki i serki camembert. Francużyliśmy się :D I byliśmy w tym zdeterminowani. Oczywiście potem okazało się, że rok zamienił się w półtora roku, a ostatecznie w prawie 2, ale nie będę się teraz rozpisywać o francuskiej biurokracji. To temat na inny wpis. Opóźnienia nam jednak nie przeszkadzały. Po prostu traktowaliśmy je jako… dodatkowy czas na naukę francuskiego przez lektorów mówiących po polsku. D. pracował w zawodzie, ja w korporacji szkoląc mój hiszpański i angielski. Nie narzekaliśmy. Ale jednocześnie cieszyliśmy się, że mamy ‘francuskie’ plany. Kiedy więc wreszcie, po prawie 2 latach oczekiwania, wylądowaliśmy (a właściwie zaparkowaliśmy) we Francji odetchnęliśmy z ulgą. Udało się. Udało się i to na dodatek nienajgorzej. Mieliśmy pewne pojęcie o języku, euro na czarną godzinę, jedzenie od mamy pozwalające przetrwać przynajmniej pierwsze 2 tygodnie i gwarancję zatrudnienia D. w szpitalu. Było dobrze.

Dzisiaj, po 2 tygodniach nadal jest dobrze, ale wciąż nie mogę się przyzwyczaić. Wychodzę na balkon i nie dowierzam, że to Francja, że się udało. Marzenia się spełniają. Nie magicznie, nie za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale się spełniają. Trzeba tylko mocno, mocno chcieć i dawać z siebie wszystko, aby się spełniły.

‘Dreams don’t work unless you do’ :) I tego się trzymajmy ! :)

depositphotos_32872695-Symbols-of-France

  1 comment for “Bonjour France, czyli marzenia się spełniają.

  1. 18 czerwca 2015 o 15:40

    Powodzenia na francuskiej ziemi :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *