Hello world (hope you’re listening)…

Nowy Rok – nowe postanowienia, zwłaszcza, jeśli to Nowy Rok we Francji. Już od jakiegoś czasu zdawałam sobie sprawę, że zaniedbałam lekko swoje blogowe dziecko, ale przytłoczona francuską rzeczywistością, zajęta wyprowadzką na wieś, zwyczajowym już wiszeniem na telefonie w celu załatwienia spraw z jakąś instytucją i paroma innymi, nie cierpiącymi zwłoki rzeczami nie miałam nawet specjalnych wyrzutów sumienia.

Do czasu. Będąc w Polsce z wizytą w grudniowym, przedświątecznym szale zakupów udało mi się zupełnie przypadkiem spotkać w sklepie kogoś, kto przypomniał mi o moich dziecięcych marzeniach o zostaniu sławną pisarką/dziennikarką/felietonistką i zupełnie bez ogródek kazał mi się wziąć do roboty. Ten ktoś miał rację. Myślałam, że nie mam weny i że w moim życiu bezrobotnej żony mojego męża nie dzieje się nic wartego wspominania nawet w rozmowie z Mamą przez telefon, a co dopiero na blogu, ale potem zdałam sobie sprawę, że ilość przemyśleń, jaka kłębi się w mojej głowie każdego dnia przekracza chyba ilość dozwoloną na jednego śmiertelnika i że zdecydowanie muszę się tym dzielić ze światem regularnie, żeby nie popaść w jakąś chorobę psychiczną, o co znowu przecież nie aż tak trudno. Dodatkowo, bycie we Francji pozwala mi jednak pisać z innej perspektywy i jest dla mnie niekończącym się wręcz źródłem inspiracji. Codzienne starcia z aparatem biurokratycznym są przecież tak fascynujące ! Ale na tym nie koniec, bo mogę przecież pisać o zmaganiach z językiem, o przygotowaniu do egzaminu DELF, o moich planach i marzeniach, związanych z pobytem tutaj (ale i gdziekolwiek indziej!). Ba, mogę nawet dzielić się spostrzeżeniami na temat różnic i podobieństw między sposobem bycia ‘a la francais’ i ‘a la polonais’ , a nawet o mało pasjonującym załatwianiu codziennych spraw, które przecież dla czytelników może być równie ciekawe jak wynajdowanie polonu i radu, które to zresztą już wynaleziono, więc nawet gdybym chciała nie mogłabym być pierwszym źródłem informacji o ich odkryciu, bo gdzieś, kiedyś i tak już to przecież słyszeliście. Swoją drogą, wiecie, że nasza Maria Skłodowska-Curie we Francji jest po prostu Marią Curie i nikt nie ma nawet pojęcia, że w rzeczywistości jest ona Polką? Tak, dokładnie, Francuzi ukradli nam Marię  i nikt tutaj nic sobie z tego nie robi !

Wracając jednak do tematu, chciałam zasygnalizować, że Francja być może nie będzie ostatnim krajem, w którym udało nam się znaleźć dom. Pozostaje otwarci na wszelkie opcje. W mojej głowie od zawsze kłębią się i śnią po nocach Stany Zjednoczone, małżonek mój natomiast, z natury nie cierpiący słońca i wolący chłodniejsze klimaty wymarzył sobie Kanadę. W związku z tym powyższym zmieniam opis bloga. Nie będzie on o ‘emigracji do Francji’, a szeroko pojętym ‘poszukiwaniu szczęścia (oby nie skończyło się jak u Prousta i obyśmy nie musieli za 10 lat szukać już tylko ‘straconego czasu’). Zupełnie przezornie nazwałam zresztą mój blog ‘in the pursuit of happiness’, a więc ‘w poszukiwaniu szczęścia’, jakby więc spojrzeć z tego punktu widzenia, to o czym bym tutaj nie pisała – będzie to na temat. ;)

Niniejszym dziękuję też pani Ewie, mojej mentorce za nieoczekiwanie grudniowe spotkanie, obiecuję pokazać się w marcu, przy naszej kolejnej wizycie w Polsce i jednocześnie składam deklarację, iż postaram się jej nie zawieść, a jeśli kiedykolwiek napiszę książkę… obie chyba wiemy, komu ją zadedykuję. Pani Ewo, dziękuję za niesłabnącą wiarę we mnie. To jedyne, czego potrzebowałam !

Do usłyszenia/poczytania wkrótce !

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *